Z Piotrem Kazimierczakiem, rzeźbiarzem, właścicielem przerwanej budowy zamku w Łapalicach, rozmawia Piotr Cackowski.
- W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku wywołał pan ogólnopolską sensację rozpoczynając tę monstrualną budowlę. Mamy rok 2006, a zamek w Łapalicach nadal pozostaje w stanie surowym otwartym. Z roku na rok niszczeje, a raczej straszy, skoro o zamku mowa. Czy ma pan jakiś pomysł na ostateczne rozwiązanie tego problemu?
- Chcę tę budowę dokończyć, ale pod jednym warunkiem, zgodnie z moją koncepcją, a to wymaga czasu.
- O jaką koncepcję chodzi?
- A to jest już moja słodka tajemnica.
- Proszę ją nakreślić chociaż z grubsza …
- Nie ma z grubsza. Albo jest tajemnica albo jej nie ma.
- A komu pan stawia warunki?
- Sobie. Ten zamek nie powstał z kapelusza. Myślałem o nim od wczesnej młodości. To ma być dzieło moje życia, a nie jakaś tam budowa hotelu w dwa lata. Ja nie jestem szaleńcem. Wiem jak potężnych nakładów finansowych wymaga taka inwestycja. Dlatego wybudowałem w Świętym Wojciechu koło Gdańska duży zakład produkcji mebli, żeby zarobić pieniądze na zamek. Zakład miał być mecenasem Łapalic. Nie zastanawiałem się, ile lat to wszystko potrwa. Uznałem, że może uda mi się takie dzieło skończyć jeszcze za mojego życia.
- A zatem podstawą zrealizowania pańskiego życiowego marzenia była dobrze prosperująca fabryka mebli w Świętym Wojciechu.
- Dokładnie tak to sobie wymyśliłem.
- I ponieważ firma nie rozwinęła skrzydeł „Łapalice stanęły”, bo zabrakło pieniędzy.
- Tak można powiedzieć. Przy czym ja nie popełniłem błędów. Podjęte zostały przeciwko mnie działania polityczne. Padłem ofiarą nagonki na takich ludzi jak ja, którym udało się w życiu coś ciężką pracą osiągnąć. Ale nie chcę o tym szczegółowo opowiadać. Upłynęło już kilkanaście lat.
- Kto pana gnębił, władze wojewódzkie, centralne? Był pan aresztowany, zabrano panu pieniądze?
- Powtórzę, to było tendencyjne działanie sił politycznych. Gdybym na początku lat 90 tych był w jakiejś partii, miałbym wówczas parasol ochronny i moja firma by kwitła, a ja postanowiłem być niezależny. Nie pchałem się do polityki, chociaż bardzo mnie do takiej działalności namawiano i oberwałem w plecy. To, co tutaj wybudowałem, na mojej ojcowiźnie, w Świętym Wojciechu, kłuło wielu decydentów w oczy. Nie będę dziś mówił, kto mnie „uderzył” i komu zależało, żeby moja firma upadła. Przypomnę tylko, że w 1990 roku sprowadziłem do Gdańska super nowoczesne maszyny - najnowszą technologię w obróbce drewna, jaka wówczas w ogóle istniała na świecie. Jednocześnie w latach 1990-91 zawarłem potężne kontrakty, głównie z Niemcami. Była przede mną świetlana przyszłość. Miałem zagwarantowane wielkie zyski, dzięki którym bez problemu budowałbym zamek w Łapalicach. Zatrudniałem już ponad 100 ludzi, docelowo planowałem czterystu. Naprawdę ruszyliśmy z kopyta. Cała produkcja szła na eksport, a jej odbiorcy wręcz zachwycali się naszymi meblami. Byliśmy znakomitą wizytówką tego, że Polak rzeczywiście potrafi.
- I ktoś pozazdrościł panu tego sukcesu?
- A jak pan myśli? Zresztą nie tylko mnie. Niech pan się dowie, ile firm z tych, które doskonale prosperowały w Polsce przed kilkunastoma latu, przetrwało do dziś. Możemy tutaj mówić tylko o wyjątkach. Niestety, polskie piekiełko trwa w wymiarze sprawiedliwości i w rzeczywistości gospodarczej. Musi upłynąć jeszcze wiele lat, żeby tę smutną rzeczywistość w kraju nad Wisłą można było uzdrowić.
- Chyba trochę pan przesadza. Przecież w trzeciej RP zapaliło się zielone światło dla przedsiębiorczości prywatnej, wspierano prywatyzację …
- Niech pan nie żartuje. Przecież byliśmy świadkami największego złodziejstwa, jakie można sobie wyobrazić. Bez opamiętania sprzedawano różne firmy za grosze albo doprowadzano je do bankructwa. Początkowo też wydawało mi się, że widzę zielone światło. Jednak życie szybko pokazało mi, jak bardzo byłem naiwny. W 1990 roku nie ruszyłem pełną parą z produkcją mebli, bo stanąłem przed wieloma barierami.
- Poproszę o konkrety.
- Proszę pana, dnia by nam zabrakło na rozmowę o szczegółach i miejsca w kilku wydaniach pańskiej gazety, dlatego proszę potraktować to, o czym mówię, jako wypowiedź wybiórczą. Wszystko zaczęło się od Zakładu Energetycznego w Gdańsku. Najpierw w 1989 roku powiedziano mi, że do każdej zużytej kilowatogodziny będę musiał dopłacić określoną kwotę na rozwój energetyki. Przyjąłem te warunki i wpłaciłem żądaną sumę pieniędzy. Inwestycja ruszyła. Później, w roku 1991, kiedy wybudowałem nowe hale produkcyjne i sprowadziłem nowoczesne linie technologiczne odmówiono mi dostawy energii. „Chyba, że wybuduje pan sobie własną trafostację, to wówczas energia będzie”, usłyszałem. I tu się zaczęły schody. Wprawdzie dostałem kredyt na taką inwestycję, ale nie miałem na swoim terenie na nią miejsca, więc zaryzykowałem i zbudowałem trafostację na gruncie państwowym. Niestety, szybko znaleźli się donosiciele i podnieśli larum w nadzorze budowlanym oraz w banku. Ponieważ jeszcze nie miałem pozwolenia na tę budowę, kredytodawca przysłał mi nakaz zwrotu pieniędzy, które już zainwestowałem. W takiej sytuacji nie mogłem ruszyć z produkcją mebli na dużą skalę i lukratywne kontrakty przepadły. Znalazłem się w trudnej sytuacji finansowej, bo oprócz kredytu wpakowałem w ten zakład niemal wszystkie swoje oszczędności. Z mojej ponurej sytuacji cieszyli się zapewne „życzliwi” ludzie, którzy kierując się wyłącznie pobudkami politycznymi ubezwłasnowolnili mnie. Jak poślizgnęła mi się noga w czasie rozwiązywania problemu z dostawą energii, to natychmiast pojawiły się u mnie osoby, które z przekąsem mówiły: „No proszę, na biednego nie trafiło”. I postanowili mnie zniszczyć, rozpoczęli czynności egzekucyjne. Przyjechali komornicy i zajęli wszystko, co miałem, nieruchomości i ruchomości. Działali w wyjątkowym tempie. Uziemili mnie w jeden dzień. Firma przestała istnieć.
- Poddał się pan?
- Nie. Zacząłem „boksować” się z sądami, bankami i różnej maści urzędnikami. Trwało to około ośmiu lat. Wygrałem kilka walk i ponownie stanąłem na nogi w 1999 roku, głównie dzięki prowadzeniu pracowni rzeźby. To jest taka rodzinna działalność gospodarcza. Pozwala mi żyć, psychicznie i finansowo. Rzeźbimy w drewnie, często zagranicą. Spod naszych rąk wychodzą jedyne w swoim rodzaju krzesła, stoły, sekretarzyki, obudowy zegarów, a nawet fortepianów. Tworzymy również różnego rodzaju elementy wykończeniowe wnętrz, od drobnych kasetonów, ramek po ościeżnice, ścienne i sufitowe „boazerie” oraz rzeźby ludzi i zwierząt. Pracując w drewnie nie widzimy żadnych ograniczeń. Z tego materiału da się wyrzeźbić wszystko.
- Patrząc na liczne eksponaty w pana pracowni można powiedzieć, że są to prawdziwe dzieła sztuki, a nie jakieś tam rzemiosło.
- Dziękuję, myślę, że bardzo trafnie pan to określił.
- Ale powróćmy do poprzedniego wątku. Ponownie stanął pan na nogi i …
- …po raz drugi postanowiłem uruchomić dużą firmę meblarską. Na początek zatrudniłem 31 osób. Wystartowaliśmy w 2000 roku. Niestety, radość trwała krótko. Rok później, w lipcu, zalała nas wielka fala powodziowa. Cały teren Świętego Wojciecha znalazł się pod wodą. Tu, gdzie rozmawiamy, na terenie byłego zakładu, jej poziom przekraczał 2,5 metra. Tego dnia nie zapomnę do końca życia. Moje szkody oszacowano na dziesięć milionów złotych. Straciłem wszystkie najnowocześniejsze maszyny nasycone elektroniką wraz ze sterującym je systemem komputerowym. Mimo tej wielkiej tragedii nie zwolniłem załogi z dnia na dzień, a gdybym to wówczas zrobił, nie miałbym dziś wielu kłopotów finansowych. Ale ja nigdy nie działałem po to, żeby szarpać pieniądze wyłącznie dla siebie. Starałem się być uczciwy wobec mojej załogi. Nie wyrzuciłem jej na bruk, tylko zatrudniłem przy usuwaniu skutków powodzi. Kiedy woda ustąpiła widok był makabryczny. Trzeba było, pracując w błocie po kolana, wywieźć tony szlamu. Za tę ciężką robotę wypłacałem moim pracownikom normalne pensje, ale już nie uiszczałem składek do ZUS-u, bo przecież produkcja mebli stanęła. Z godziny na godzinę przestałem zarabiać. Poza tym musiałem ponieść olbrzymie koszty usuwania skutków powodzi, dlatego na opłacanie składek (za niedochodową pracę) nie było już mnie stać. Teraz mam potężne problemy z ZUS-em. Myślałem, że w obliczu tak wielkiej tragedii zostanę zwolniony chociaż z opłat składkowych, że ktoś doceni moje dobre serce i życzliwość wobec załogi, którą wielu przedsiębiorców, będąc w mojej sytuacji, zwolniłoby z pracy z dnia na dzień. Ale urzędnicy mieli to wszystko gdzieś. Wszczęli postępowanie egzekucyjne i weszli na hipotekę, żeby mnie dobić. To się w głowie nie mieści, przecież powódź była wynikiem zaniedbań władz miasta, a nie moich. To nie ja powinienem zajmować się zabezpieczaniem wałów ochronnych i czyszczeniem koryta Raduni. W normalnym kraju, w podobnej sytuacji, dostałbym duże odszkodowanie, a u nas …Niestety, byłem ubezpieczony tylko od pożaru i zalania wodą, ale taką z wodociągu, a nie falą powodziową. Niejedna osoba strzeliłaby sobie w łeb na moim miejscu. Najpierw otrzymałem nokautujący cios w roku 1991, a potem w 2001 - jeszcze bardziej bolesny w skutkach. Jeździłem do Warszawy, osobiście wysłuchiwałem obietnic ówczesnego premiera RP, który zapewniał mnie, że „pomoc dla ludzi dotkniętych klęską żywiołową szybko zaistnieje”.
- I zaistniała?
- Tak zaistniała, że do dziś nie mogę złapać powietrza. Przecież ja nie oczekiwałem pomocy w postaci walizek pieniędzy. Liczyłem jedynie na zrozumienie i życzliwość ze strony władz i urzędników miejskich, ZUS, banków. Czekałem na decyzje, które umożliwią wznowienie działalności mojej firmy. Daremnie. Mimo to jeszcze trochę powalczę. Mało kto wie, że była zrobiona ekspertyza przez profesora z Wrocławia, który już dawno ostrzegał, iż Radunia jest wielkim zagrożeniem dla mieszkańców m.in. Gdańska Oruni oraz Świętego Wojciecha. I co? Nikt nawet nie zapoznał opinii społecznej z tym jakże ważnym dokumentem. Cały czas trawię to, czego doświadczam i idę dalej. Dokąd dojdę nie wiem, nie jestem prorokiem. Na pewno niczego, co w życiu zrobiłem, nie żałuję. Zapewniam pana, że nie budowałem zakładu i zamku po to, żeby to mieć, bo moja dewiza zawsze jest taka sama: pracuję tak, jakbym miał żyć wiecznie, a żyję tak, jakbym miał umrzeć jutro.
- Co dalej z tym wszystkim. Będzie pan po raz trzeci próbował uruchomić fabrykę mebli?
- Nie, z tym pomysłem to ja już postanowiłem dać sobie spokój. Ale uporządkuję wszystkie sprawy do końca.
- Puste hale będzie pan utrzymywał?
- Bez przesady. Nad ostatecznym rozwiązaniem jeszcze się zastanawiam. Mogę to wszystko na przykład sprzedać.
- Łapalice też?
- Trudno mi na takie pytanie odpowiedzieć. Na razie nic się tam nie dzieje, złego również.
- Ale jest nakaz rozbiórki, którego nie udaje się panu doręczyć.
- Jak dostanę ten dokument, to zobaczę co zrobię dalej.
- Tu już nie ma na co patrzeć. Powiatowy inspektor budowlany stracił cierpliwość. Mimo dobrej woli z jego strony nie wywiązał się pan z kilku terminów dotyczących dostarczenia pełnej dokumentacji na budowę zamku.
- Bo to wymaga dużo czasu i bardzo drogo kosztuje. Oczywiście, pełną dokumentację będę musiał w końcu dostarczyć i zrobię to. Natomiast, moim zdaniem, nie można zamku rozebrać. Budowa była rozpoczęta w 1983 roku i sama się już zalegalizowała, bo minęło 20 lat. Jeżeli tylko zdobędę pieniądze, wznowię tę inwestycję. Rozważam dwa warianty: albo przekażę komuś ten obiekt np. na hotel, albo zrealizuję swoją wizję, mój pierwszy plan, który noszę w swoim sercu od kilku dziesięcioleci.
- To niech pan złoży dokumentację zawierająca właśnie taki plan.
- W tej chwili nie mogę. Sam ze sobą jeszcze wszystkich pomysłów projektowych nie rozstrzygnąłem. Muszę sobie dać czas do wiosny przyszłego roku.
- Ale dla powiatowego inspektora budowlanego ten czas już się skończył.
- Dla mnie nie. Jak odejdę z tego świata, to będzie koniec mojego czasu.
- „Kurier Kartuski” zaproponował na swoich łamach rozwiązanie problemu w Łapalicach m.in. przy udziale władz samorządowych, przedstawicieli nadzoru budowlanego, Kaszubskiego Parku Krajobrazowego i przedsiębiorców. Skoro pan nie ma kilku milionów złotych potrzebnych do zakończenia tej inwestycji, to może obrady takiego gremium zaowocowałyby znalezieniem środków finansowych na dokończenie budowy zamku, który na pewno mógłby stać się największą atrakcją turystyczną tej części Kaszub. Co pan sądzi o naszej inicjatywie?
- Jest ona interesująca. Jak sam nie znajdę inwestora, to usiądę do takich rozmów. Ale poczekajmy do najbliższej wiosny. Wciąż marzy mi się zrealizowanie pierwotnego pomysłu.
- No to niech pan wreszcie uchyli rąbka tajemnicy.
- Ależ pan mnie dusi. Powiem tylko, że chodzi przede wszystkim o wykonanie wnętrz, w dużej mierze, moimi rękoma i według moich projektów. Mają one pomieścić całą gamę rzeźbiarskich dzieł sztuki. Mam na myśli m.in. ściany, sklepienia i podłogi. A tego nie wykona się w rok, czy w czasie kilku lat. Przy czym połowę tego wyposażenia już mam. Wnętrza zamku w Łapalicach powinny być niepowtarzalne, zniewalające przepiękną scenerią i najwyższym kunsztem jej wykonania.
- Czyli w XXI wieku chciałby pan stworzyć wewnątrz swojego zamku rękodzielnicze arcydzieło, tak jak robili to mistrzowie rzeźby i malarstwa np. 500 lat temu.
- Dokładnie tak. Przecież w mojej dziedzinie sztuki nic się od wieków nie zmieniło. Ja pracuję takim narzędziami, jakich używali przed kilkuset laty moi poprzednicy. Technika rzeźbiarska też jest taka sama. Właśnie w Łapalicach chciałbym tego dowieść. I dopiero po zakończeniu budowli mojego życia podejmę decyzję, jak ją wykorzystać. Na pewno nie będę w tym zamku mieszkał.
|